Miasto psów

Wsiadają Anglicy.  Przy placu Grzybowskim. Minuta po Brexicie, może dwie. Albo oni, albo Brytole + Amerykanie. Albo odwrotnie. Normalnie rozróźniam po akcencie, ale w czwartej godzinie jazdy, o pierwszej w nocy trochę mniej. Może jedni i drudzy, czy to ważne. W każdym razie ten główny, zamawiający jest Steve.

–  How is your night? – pytam Stiwa moim Oxfordrem /ogzwordem/.

–  Wonderful, thank you! – Aha, jednak Amerykanie.

–  We go to Puławska, correct? – pytam, patrząc na adres w aplikacji. Trochę głupio pytam. Puławska w moim wykonaniu  pewnie dla nich brzmi, jak Bujumbura. Bez urazy. Jest takie miasto w Burundi, nad jeziorem Tanganika. Wiem, bo ryby stamtąd miałem. Nie na talerzu, co prawda, za to w akwarium. Pyszczaki się nazywały.

–  Yep.

Jedynka, pedał, decha, pisk, sprzęgło, dwójka, jedziemy. Warsaw by night. Z fasonem, a co.

Po chwili chłopcom zachciewa się życia. Pytają, czy w Polsce handluje się alkoholem po 23-ciej i czy są jakieś sklepy czynne. No nie panowie, Polska to dziki kraj, tu tylko koks i marycha o tej porze,. Za to mamy ładne pola maku. Chcecie? Nie chcą. Wolą monopolowy.

Zatrzymujemy się przy sklepie pod moim blokiem, samo serce miasta. Robię drobny ‚detour’. Wypuszczam Steve’a tam, gdzie pani kierowniczka prowadzi nocny zza krat, gdzie zawsze towarzystwo pod drzewkiem, a fajki to raczej na sztuki niż na ramki /nikt nie ma kasy na ramkę/. 80 groszy za faję. Bez szemrania, bierzesz takie które pani akurat na zmianie jara. Czyli wiceroje. Trudno uwierzyć, że to centrum miasta. Żagiel obok Pajaca na wyciągnięcie dłoni. Europejska stolica.

Po długich pięciu minutach Steve wraca, dzierży 4 tyskie jak jakieś trofeum, wypieki na twarzy. Ogarnął. Wsiada.

Przez pół drogi do Bujumbury opowiada kumplom o wyprawie do nocnego na Złotej. Wyraźnie podekscytowany. W sumie szkoda, że sąsiada spod osiemnastki nie spotkał. Trzy amstaffy na krótkiej smyczy prowadza z reguły o tej porze. Wszystkie w kolorze brudnego śniegu. Razem z kłami , ten sam kolor, bez kitu. Sąsiad zawsze na spacerku zahacza o nocny, na browarka, wiadomo. Gdy supła miedziaki na harnasia, bestie pilnują wejścia do nocnego, całkiem jak nocni stróże z Dogville*.

Kumple Steve’a  słuchają, łykają te opowieści, jak żaby deszcz. Ja jak złoto, tnę na Puławską, pod ich adres. W sumie to szkoda, że Cepelii już nie ma na Marszałkowskiej, przy rondzie. Zahaczylibyśmy po drodze, jakieś słomiane koguciki, przaśnego sękacza dokupili do kompletu. Cóż, times change. Zamiast Cepelii dorodny jeleń na dachu reklamuje najnowszą bajkę Disney’a. Jest świiatowo.

Dojeżdżam na Puławską. Pod adres. Wysiadają. Są zachwyceni Polską.

 

__________________

 

*Dogville. Nicole. Plus Lars za najlepszych czasów. Teatr w kinie. Jeden z mojej top-listy. Kto jeszcze nie widział, ten kina nie zna. Lektura obowiązkowa.

 

to dodatkowe zdjęcie Nicole ściągnięte z wikipedii. Jakoś nie mogłem się powstrzymać, bo zajebista laska jest. Oczy potęga. A źródło: wikipedia . Nie wiem, czy takie info za kopyrajty wystarczy, jak by co prawnicy Nicole piszcie; grottpawel@gmail.com. Jakoś się dogadamy.

(Visited 13 times, 1 visits today)
Fajny artykuł?
[ratings]