Głęboki kosmos nie istnieje – pytanie po co żyjemy?

Kiedy patrzę w niebo i powtarzam w myśli te gigantoniczne liczby, które je opisują (miliardy lat świetlnych, miliardy galaktyk, setki miliardów planet itd.) dochodzę do przekonania, że to wszystko nie istnieje. To musi być złudzenie. Albo to istnieje, ale pozbawione jest funkcjonalności, tak jak tysięczne odbicia w lustrzanym pokoju: niby są, lecz niczemu nie służą – są złudzeniem. Myślę, że mamy tu do czynienia z takim samym trikiem, który zaistniał tyko po to, byśmy nie mogli kijem unieść płachty od scenografii i dostrzec ściany. 

Ola patrzy w kosmos. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Sama skala liczb powinna dawać do myślenia. One są po prostu nierealne. Nie mają sensu. Widać, że są pewnie raczej wynikiem zwielokratniania przez potęgowanie, lub działania fraktali, algorytmów. To samo tyczy się skal „w dół”. Być może utworzenie praw natury było najprostszym i najlogiczniejszym sposobem na wywołanie trwałej iluzji rzeczywistości, którą teraz oglądamy przed sobą. Dużo łatwiejszy niż budowanie tego z papier mache. Może to człowiek swoim spojrzeniem powołuje do życia wszechświat?

Krótko mówiąc, doszedłem do wniosku, że jestem Antropocentrystą.

Nie sądzę, by istniała jakakolwiek inna inteligentna cywilizacja, czy żeby tam gdzieś był ktoś z nami niezwiązany. Myślę, że wielką moralną koniecznością ludzkości jest odrzucić tę mrzonkę i pojąć, że cały kosmos został stworzony jako scenografia dla naszego losu, że Ziemia, zwierzęta i my sami, zostaliśmy stworzeni dla nas samych i mamy jedyną i ostateczną powinność wobec nas samych i tej planety.

To człowiek stoi w centrum i to on kreuje Wszechświat swoim spojrzeniem. A jeszcze precyzyjniej mówiąc – ludzkie ciało.

Oczywiście słowo „moralność” zapożyczam z Waszych słowników, gdyż w moim ma ono odmienne znaczenie.

Koleżanka ze studiów. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

To będzie dygresja, można tę część pominąć: Rzeczywistość jest zjawiskiem psychicznym, albo prościej mówiąc iluzją wykreowaną przez procesy psychiczne. Wszystko co nam się objawia jako zdarzenia i przedmioty musi uzyskać swoją reprezentację w postaci jakiegoś procesu myślowego – to mózg wykreowuje świat na podstawie bodźców odbieranych przez zmysły. Mózg, znaczy ciało. Wyobrażamy sobie przestrzeń przed nami, oraz wszystkie istniejące w niej zależności – sama rzeczywistość pozostaje natomiast niepoznawalna.Istniejemy też w przestrzeni abstrakcyjnej, a najbardziej oczywistym jej przykładem jest język – nie tylko słowa, ale także pojęcia, obrazy i dźwięki.  Ale powiem więcej: rzeczywistość jest też złudzeniem skali. Gdybyśmy byli znacząco więksi, lub mniejsi, świat który widzimy przestałby istnieć. To wszystko, co oglądamy, istnieje przed nami tylko dlatego, że funkcjonujemy w pewnym określonym wymiarze. Mamy od metra do dwóch metrów wzrostu, oraz dysponujemy zmysłami, które odbierają bodźce w określonych zakresach. Czy jest więc sens mówić o tym, jaki jest świat, skoro jest on względny wobec skali?

Nawraca więc pytanie: kto i po co stworzył człowieka. Po co żyję?

Po co żyję? – to pytanie zadał mi dzisiaj ojciec wskazując na konieczność istnienia jakiejś przyczyny. Ktoś mnie stworzył po coś – mówi tata. Bóg musiał mieć jakiś plan, jakiś cel.

Ja jednak opieram się tej logice, zgodnie z którą wszystko musi mieć swoją przyczynę. Rzeczywiście tak jest w raz puszczonym w ruch mechanizmie rzeczywistości, ale czy tej samej logice podlega Stworzenie? A co jeśli Stworzenie zaistniało samo przez się, albo jako absolutnie bezinteresowny dar?

Domniemanie, że moje życie musiało wynikać z jakiegoś planu wydaje mi się naiwne i mało boskie. Bóg jako kunktator, który zacierając z radości dłonie wstawia nas na szachownicę swoich strategii, jako pionki, które mają maszerować zgodnie z Jego wolą? Jakieś to banalne – i nieskończenie nudne. Poza tym to bardzo ludzkie domyślać się, że przed nami stoi jakiś „generał”, który wpuścił nas do swojej gry z jakimś z góry upatrzonym celem.

Nie, nie jestem deterministą. Jestem „konsekwencjonistą”.

Co to znaczy? Już tłumaczę.

Uważam, że nie istnieje żadna przyczyna Stworzenia. Nie ma powodu, dla którego istnieję ja, tak jak i nie ma powodu, dla którego istnieje cokolwiek. Mógłbym równie dobrze nie istnieć, tak jak i równie dobrze mogłoby nie być nic. To jest moja odpowiedź na słynne pytanie Lorenza: dlaczego istnieje raczej coś niż nic. Istnieje bo istnieje. I tyle.

Nie jestem pewien, czy istnieje Bóg. W każdym razie na pewno nie istnieje w taki sposób w jaki przedstawiają Go staromodne wierzenia. Być może zamiast Boga istnieje Pustka, czyli istnieje Nic. Być może wszechświat istnieje jako pęknięcie albo zapętlenie pustki. Inaczej mówiąc nie istnieje jako coś, ale jako inna forma skupienia nicości. Nota bene nauka powoli zaczyna odkrywać ową nicość, gdy podejmuje obserwacje w najmniejszych skalach, gdzie materia zaczyna stawać się energią, energia przejawia się jako fala, a fala jest funkcją pola, a pole jest cechą przestrzeni, natomiast przestrzeń nie wiadomo czym jest.  Gdzieś tam, w najmniejszych rozmiarach niczego nie daje się dotknąć.

Otóż moim zdaniem Wszechświat wyłonił się z Pustki i jest jego funkcją. Być może nawet, Wszechświat wyłonił się z Pustki wraz z pojawieniem się Człowieka, albo zaistniał wraz z koncepcją Człowieka, czyli urzeczywistnionej przez ciało Świadomości. To zresztą w swojej mistycznej intuicji Żydzi zapisali w Biblii.

Myślę, że istnienie czegokolwiek jest darem. Darem bezinteresownym, nieobciążonym żadnymi oczekiwaniami. Darem nieświadomym, że tak  powiem. Pustka pękła i świat się z niej wylał. Po nic. Po prostu żeby istnieć. Iluzję istnienia podtrzymuje Świadomość – Awareness.

Czyli mogę to wreszcie powiedzieć: Ja Istnieję Po Nic.

Nie ma żadnej przyczyny, dla której miałem zaistnieć. Zaistniałem samo przez się.

Odrzuciwszy konieczność istnienia przyczyny od razu widać, że śmierć nie ma znaczenia. Śmierć nie krzyżuje żadnych boskich planów. Czy umrę w zarodku, czy jako stary człowiek – dla Boga, jako ewentualnego Twórcy Przyczyny jest bez znaczenia. Śmierć nie istnieje. Istnieje tylko życie.

A więc istnieję bez przyczyny. Istnieje Ja i istnieje to wszystko dookoła. Przejawiam się przez ciało, które prowadzi świadome życie. Nie muszę się zastanawiać nad przyczynami, ale mogę się zastanawiać nad konsekwencjami mojego istnienia. To, kim będę, jak przeżyję życie i czy nadam mu sens – to wszystko jest w moich rękach. I w zasadzie ta możliwość jest oszałamiającym wyzwaniem.

Moje istnienie nie ma żadnego powodu ani przyczyny – jest bezinteresownym i nieobciążonym darem – wyłoniłem się z Pustki i w Pustkę powrócę, ale to, czy moje życie będzie miało sens, zależy ode mnie. W mojej mocy jest dawać szczęście sobie i innym, w mojej mocy jest dawać przyjemność, radość, tworzyć miłość. Teraz, skoro istnieję, mogę wypełniać się współczuciem. Ze mną świat może być lepszy.

O na przykład takie ciało…

Brygida. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

 

(Visited 484 times, 1 visits today)
Fajny artykuł?
[ratings]