Dlaczego Kijowski transferował pieniądze przez firmę żony?

Mateusz Kijowski wziął pieniądze, gdyż ich potrzebował. Dlaczego transferował je przez firmę żony? Gdyż bał się o nie poprosić wprost.

Na tym moja analiza mogłaby się skończyć, ale dla lubiących czytać więcej niż dwa zdania mam kilka słów analizy z własnego doświadczenia. Otóż sytuacja Mateusza mogła być zupełnie inna, gdyby w miesiąc po odpaleniu KOD wystąpił publicznie i powiedział:

Mateusz Kijowski w PKP Powiśle. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Hej, to wszystko jest zajebiste, nie sądziłem, że tak wypali. Są nas tysiące, mamy cele i jeśli mam to ogarnąć, to musicie mi pomóc. Prawda jest taka, że znalazłem się tu trochę przypadkiem, a druga prawda jest taka, że nie mam kasy. Mam niespłacone alimenty, mam żonę, trójkę dzieci i motocykl i w zasadzie tyle. Żeby to jakoś sensownie pociągnąć potrzebuję 10 tysięcy miesięcznie. Po co mam was oszukiwać… Jeśli wolicie mi tego nie płacić, to trzeba poszukać kogoś innego, kto będzie miał środki, żeby się utrzymać, jednocześnie pracując społecznie na full time dla KOD. Ja po prostu nie dam rady.

Ale Kijowski tego nie powiedział. Nie powiedział, bo się wstydził. A wstydził się, gdyż przeczuwał, jak wielu ideowców, którzy odpalą jakiś społeczny projekt, że nie wolno im brać z tego pieniędzy. Nie wolno, gdyż nie ma na to społecznego przyzwolenia. I myślę, że Kijowski miał rację – w końcu na dwoje babka wróżyła: gdyby wyszedł i palnął coś takiego, tłumy mogłyby go pokochać i zacząć mu płacić, ale równie dobrze mógłby zostać wyśmiany. Co, kurde! patrzcie cwaniaka! jeszcze nic nie pokazał, a już kasy chce!

To oczekiwanie pracy za darmo nie dotyczy tylko pracy społecznej – ono jest powszechne. Wielu pracodawców oczekuje, że jego pracownicy będą pracować za darmo, gdyż przecież pracują na jego biznesie, jego narzędziami, w jego firmie. Jak ktoś chce zarabiać, to się na niego patrzy podejrzliwie: weź się najpierw wykaż, a potem to chętnie ci zapłacę. To „potem” może jednak odwlekać się w czasie. Każdy muzyk Wam to powie, każdy ilustrator, aktor, fotograf, każdy stażysta w firmie adwokackiej, w telewizji, w gazecie.

Mentalnie ciągle jesteśmy gdzieś na etapie bezpośredniej wymiany barterowej, typu „machniom” – ja ci coś, ty mi coś innego, a kasa jak się pojawi, to się zobaczy. Przeczytałem ostatnio, że 10% najlepiej zarabiających Polaków zarabia gorzej niż 10% najgorzej zarabiających Duńczyków. To nie jest tylko smutna statystyka – to jest także głęboka obserwacja na temat naszej sytuacji gospodarczej: jeśli nie opieramy się na parytecie pieniądza, to musimy sobie wynagradzać pracę w jakiś inny sposób. Jak? Można się tylko domyślać: zapewne z pracą wiąże się jakiś wyższy status społeczny, poczucie przynależności do zespołu (a nie marginesu), możliwość kombinowania, możliwość wzięcia chwilówki, czasami ubezpieczenie społeczne i wizyta w ZOZie. Większość Polaków musi też handlować czasem: przyjdę ci wytynkować, ty mi dasz ziemniaki i pożyczysz traktor, ja ci popilnuję dzieci, ty mi zagrasz na weselu itd.

Dlatego jak już się pojawi news, że w tym systemie wzajemnej pomocy „machniom” pojawi się jakiś cwaniak, który za coś weźmie pieniądze, to trzeba go zabić.

Czasami sądzę, że pieniądze stanowią w Polsce najsilniejsze tabu – tabu i fetysz. Są powracającym elementem rozmów, projekcją, marzeniem, ukrytą intencją. Jak to ujął pewien Żyd: Polska to taki dziwny kraj, gdzie nikt nie ma pieniędzy, a każdy liczy cudze. Nieustannie nurtują nas pytania, ile kto za co wziął, domysłami, że drugie tyle musiał wziąć pod stołem, że jedyną motywacją innych jest „dorwanie się do koryta”. Patrząc na ludzi z telewizji, lub gwiazdy Idola, deklarujemy gorliwie, że „gdyby mi tyle zapłacili, to tak samo bym się wygłupiał”.

Zaryzykuję twierdzenie, że w Polsce nie da się być uczciwym.

Nie da się być uczciwym, gdyż jeśli się nie bierze kasy oficjalnie, to zapewne bierze się pod stołem, albo jest się zwyczajnym frajerem, a jak się bierze, to znaczy, że jest się zwyczajnym fiutem, co dla kasy zrobi wszystko. W zasadzie jedyna uczciwa pozycja, to pozycja przegranej rezygnacji: „wszyscy mnie oszukali, bo chciałem być uczciwy, dlatego nie mam nic”. Pretensja.

Dochodzi do tego, że jedyną intencją jaką projektujemy na innych jest żądza pieniądza – tak wyraża się dziś zdrowy społeczny rozsądek. W oczach „rozsądnie myślących ludzi” każdy chce się nachapać i nie ma żadnego innego powodu działania niż szmal. Siano. Kasa. Piniądz. No, ewentualnie lans, czyli sława. Ale to na jedno wychodzi. Bardzo to smutne okolice, w których tego rodzaju prymitywne widzenie świata i ludzi staje się dominujące. A to Polska właśnie.

Znam Mateusza Kijowskiego jeszcze sprzed KOD – kilka razy zetknęliśmy się przy okazji jego projektów dotyczących praw kobiet lub moich projektów mediowych. Pamiętam, że to wesoły człowiek ze społecznymi pomysłami – wysoki, trochę przypominający Wiedźmina, w ekscentrycznych strojach motocyklowych. Bez kasy, jak my wszyscy.

Znam dziesiątki takich Mateuszów Kijowskich, sam jestem jednym z nich. Jesteśmy dorośli lub wkraczamy w dorosłość. Naczytaliśmy się lewicowych intelektualistów, wydaje nam się, że świat może być lepszy, że nie wszystko musi być motywowane chciwością. Widzimy siebie inaczej, piękniej, lepiej. Rzeczywiście chcemy coś zrobić, kogoś uratować, komuś pomóc, pokazać bezdusznemu światu, że można. Spotyka nas za to śmiech, drwina, a na końcu oskarżenie, że jesteśmy tacy sami jak inni, że chcemy się nachapać i lansować. Czy miałbym przytaczać, czego się nasłuchałem pod własnym adresem? No i w końcu dociera do nas rzeczywistość: pojawia się rodzina, dzieci, pieluchy, mieszkanie, które trzeba wynająć, leki, które trzeba kupić, biznesmeni, których trzeba błagać o pieniądze na projekty, ból, smrul i smarki z nosa. I się okazuje, że w Warszawie na rodzinę trzeba mieć 10 tysięcy, bo inaczej zaczyna się generować długi – także gdy jest się lewakiem. I człowiek myśli w końcu, że naprawdę jest skończonym frajerem, skoro zasuwa za darmo i myśli, że może jednak trzeba wystawić fakturę na firmę żony, bo przecież jeśli poprosi oficjalnie to go zabiją.

Inna sprawa, że prosić o pieniądze to chyba jeszcze gorzej niż kraść.

Fajny artykuł?
[ratings]