Zaganiacz Waldek

Upał faktycznie zelżał. Na termometrze w aucie minus 12. Do tego wiatr zacina niemiłosiernie, czuję jak jadę Prymasa Tysiąclecia w stronę Bemowa, gdy tylko kończą się ekrany. Mocnego strzała wtedy dostaję w lewą burtę, od wiatru, kierownica w dwie dłonie aż, inaczej przypierdolę w barierki. STekiem w kombi akurat jestem, dla wiatru sama radość. Bo duże pole rażenia na moim aucie, gdy tak pod kątem prostym uderza. Cyklon Cecylia znad Niemiec, czy jakoś tak. Na pewno po żeńsku się nazywa, wiadomo o co chodzi. Zefirek Ryszard, cyklon Cecylia. Też tak miałem, życiowo, dlatego rozumiem. Z żeńskim cyklonem nie wygrasz, nie ujarzmisz tematu, przynajmniej ja. W porę zrezygnowałem z jej usług. Tego cyklonu bez ostrzeżeń MiGW.

Zlecenie na Powązkowską, odbijam z prymasa w prawo. Wiatr gwiżdże, wyje, pewnie jakiegoś zombie zgarnę. W końcu Powązki. Kurs z kwatery do kwatery będzie, myślę. Po drodze na orlen po denaturat, jagodziankę na kościach kupimy i heja. Taka mała nocna eskapada, z 10 złotych wpadnie.

Wsiada Błażej. Jest żywy. Przynajmniej na żywego wygląda. Ale to się może zaraz zmienić. Bo w chuj zmarznięty jest Błażej, blady na twarzy. Jedziemy na Saską Kępę. Błażej zaczyna rozmowę, naturalnie o pogodzie. Bo kurwa, o czym by innym. Pogoda, jeden z top-tematów na uberze.

–  Zimno – mówi Błażej. Niepotrzebnie, przecież widzę co się dzieje. Zaraz mi tu zejdzie z wyziębienia, na tylnej kanapie. I problem. Weź tu wóź zwłoki Błażeja z pogotowia, przez policję, do kostnicy. Uber zapłaci za te kursy? Chyba nie.

–  No, duszno nie jest, panie Błażeju – odpowiadam kurtuazyjnie, tak dla poddieżdania razgawora. Podgłaśniam muzę, jest noc, polskie rege leci, prawie jak na Jamajce. Może go ta muza rozgrzeje, mam cichą nadzieję. Bo żal mi go, tak po ludzku. Ja w ciepłej furze, na samej bluzie, a on biedak zakuty w trzy dupy, z 5 minut się wyczekał pod blokiem na Powązkowskiej. W stalowych ramionach Cecylii.

–  Normalnie tak nie marznę – mówi Błażej – mam taką pracę, że na zewnątrz robię. Ale dzisiaj jakaś masakra.

–  A gdzie pan robi, panie Błażeju – pytam. Zaciekawił mnie, Na robotnika nie wygląda, na takiego, co diluje prochem albo za wałki skarbowe nocami musi sprzątać ulice, też nie, normalnie wygląda ten Błażej. Modnie przycięta broda, okulary, kurtka northpole, markowe wino w dłoni. Pewnie do dziewczyny jedzie. Albo do chłopaka, nigdy nie wiadomo, takie czasy. I chyba trzeźwy jest, o tej porze rzadkość. Za to fizyczny, to on nie jest.

–  A wie pan, to różnie – odpowiada – Alpinistą jestem, na wysokościach pracuję. Ostatnio dźwigi stawiam. – takie duże, co na budowach.

– Żurawie pan stawia? – dopytuję głupio. Zaraz odpowie, że nie, że kurwa czaple, bociany stawia. A zwłaszcza jaskółki na komisariacie, gdy alkomat zepsuty. Nie wiem, jak fachowo nazywa się dźwig.

– Właśnie, żurawie – mówi Błażej.

Foto: Paweł Grott

Bingo. Zawsze, podziwiając dźwigi chciałem to wiedzieć:

– Pan mi powie, panie Błażeju, jak oni, operatorzy na tych dźwigach, tam wysoko, robią, gdy sikać im się chce? Schodzą, czy nie.

Serio, nurtowało mnie ever, to pytanie. Taka niezadana zagadka ludzkości. Bo tojtoja na żurawiu nie widziałem. Więc jak, złażą, ze 100 metrów, czy leją na hejnał, z wysokości. Ja tam bym na hejnał, w końcu w aucie ten sam dylemat rozwiązuję, jak inni kierowcy. Drzwi otwieram i na oponę, jak pies. Z reguły wtedy BP daleko, takie prawo Murphy’iego.

–  Do butelki sikają. Windy u nas na dźwigach nie ma, są schodki. Nawet 10 minut taki operator musi poświęcić, jak wysoki dźwig, żeby wleźć na górę. W dół to samo. Nie kalkuluje się. – pada rzeczowa odpowiedź. – Chociaż był taki jeden, co złaził. Waldek-Ganiacz miał ksywę. Mówił, że do butelki mu się wacek nie mieści, ale ja sądzę, że robił sobie tylko takie przerwy w robocie.

–  Waldek-Ganiacz? Raczej Zaganiacz, skoro się nie mieścił. – mówię. Taki żart słowny.

–  Haha, dobre – śmieje się Błażej. – A wie pan, jak się stawia taki duży dźwig?

Jasne, że wiem. Od dzieciństwa to wiem. Z mlekiem matki normalnie tę wiedzę wyssałem. O dźwigach, wiadomo. Podstawa.

– Jak, panie Błażeju? – pytam.

– Przy pomocy drugiego dźwiga, oczywiście. Dźwig kołowy taka maszyna się nazywa. Śruby które dokręcamy w konstrukcję są naprawdę wielkie,  minimum pięćdziesiątki, bywa że dużo większe – Błażej wyraźnie płynie na temacie, mógłby opowiadać do końca świata, albo i dłużej. W końcu styczeń, za chwilę gra WOŚP.

Niestety, dojeżdżamy na Saską Kępę, z Międzynarodowej daję kierunek w prawo, w Zwycięzców, 50 metrów i zatrzymuję wóz pod adresem. Historię o śrubach dokończy swojej dziewczynie, przy świecach i flaszce pinota. Albo chłopakowi, takie czasy.

Przez moment rozważam karierę operatora dźwiga. Sprawdzam info w necie. Jednak nie. Płace całkiem nie takie, jak w miejskiej legendzie krążą, no i przechyły okrutne. Do kilku metrów. Przy dużym wietrze, czasem ramię się urywa. Plus nie wiadomo, czy mój wacek się zmieści, do tej butelki.

I co wtedy, będę ganiał, jak Waldek?

 

Fajny artykuł?
[ratings]