Powód #23: 40 dni bez alkoholu

Jestem jak Jezus na pustyni. Jak Budda medytujący. Jak Mahomet w jaskini – osiągam swoje wcielenie Brahmana bez wódy, piwa, wina i szampana.

Powód #23: jestem szczęśliwy, bo już 40 dni nie piję alkoholu.

Wspomnienie z Syrenki. Foto: Rafał Betlejewski/war-saw.pl

Od 40 dni nie mam kaca. Od 40 dni nie tańczyłem na stoliku o pierwszej w nocy, ani nie dałem nikomu w papę, ale za to budzę się swobodnie, bez barbapapy siedzącej mi na głowie.

Picie i niepicie mają swoje zady i walety. Picie z pewnością ma wiele zalet. Są nimi: zaskakujące sytuacje towarzyskie, zachwyt przy piosenkach Boney M, numery telefonów do świeżo poznanych dziewczyn, ochota, by o drugiej w nocy jechać UBERem na Ochotę i Wolę. I generalne rozmycie sytuacji.

Ma też jednak i zady, a w szczególności nocne helikoptery, fałszywe mniemania, pijackie telefony, obłąkańcze sny, nieświeży oddech, a przede wszystkim kace. Moralne i fizyczne.

A, i jeszcze to, że na kacu i na rauszu nie da się pisać.

Niepicie tyż ma walety: zmniejszoną dalekowzroczność (wzrok mi się poprawił), lepszą kondycję, przedłużony wzwód, prosty chód, no i chodzi się spać przed północą. Ale przede wszystkim nie ma tych cholernych kaców gigantów, ani nawet małych przejściowych. Nie ma żadnych. Człowiek wstaje rano i już funkcjonuje. Jak robot.

Trzeba się jednak przyzwyczaić, a mianowicie do wyostrzonych konturów i zmniejszonej ilości wymiarów. Wszystko jakieś takie kanciaste się robi, jakby w photoshopie ktoś podkręcił filtr „sharpen”. Tu i teraz: kuchnia to kuchnia, a krzesło to krzesło, nie żaden fotel na statku kosmicznym.

Piwko bym łupnął, nie będę ściemniał. Takie zimne, zroszone – prosto z butelki – takie gong gong gong, prosto w gardło. Ten pierwszy łyk jest obłędny. Te piękne bąble, które się robią w środku butelki, ta piana, i to beknięcie goryczą. Goryczą świata. Ale czuję, że alkohol by mnie teraz zabił. Tętnice szyjne by mi eksplodowały, mózg by mi się zlasował, zrzygałbym się w donicę. Sąsiad do mnie zagadał ostatnio kręcąc wąsa: panie Rafale, trzeba by się jakoś znowu spotkać na pogaduchy – to starszy elegancki pan jest, taki jakby hrabia – zjeść coś, wypić… No to wypić niedobrze mi się zrobiło, jakby mi domestos zaproponował. Posiedzimy sobie, domestoska pierdykniemy, wesoło będzie.

Człowiek się wypłaszcza bez alkoholu. Mózg mu twardnieje. Wlewa się znowu w czaszkę. Był jak balon rozdęty, tu wypiętrzony, tam butem przydepnięty, wrażliwy na zmiany ciśnienia atmosferycznego, a teraz zeszło z niego CO2 i zmieścił mi się w dyni. Mam wrażenie, że mi w warsztacie górny dekiel dokręcają.

Stary, poobijany, ale będzie jeździł – mówi mechanik o mnie – oleje mu wymieniliśmy, opony podpompowaliśmy i komputer pokładowy został zresetowany. Pojeździ jeszcze, ale za miasto niech się pan nim nie puszcza, bo może się w polu rozkraczyć.

Kumple mi na dzielnicy machają rączkami, jakbym przez dzielnię na dywanie Alladyna ponad chodnikami pływał. Ni to mnie przyzywają, ni to mnie żegnają ze smutkiem. Ja się niby uśmiecham, że wszystko jest ok, że na wiosnę pójdziemy pograć w piłę, ale też mam wrażenie, że jestem na innej fali. Może to ja wysiadłem z pociągu, a oni razem z resztą Polski jadą najebanym wesołym pociągiem w przyszłość? Tu i teraz to jest moja stacja docelowa. Kto wie. Może trzeba ruszyć przed siebie i się nie oglądać w tył?

Bez kaca pięknie jest.

Czego się nauczyłem:

Życie bez piwka czy winka czasami jest jednak innym życiem i trzeba się go uczyć od nowa. Jakby człowiek raczkował. 

Potrafię znaleźć w sobie siłę, by przemóc nawyk. 

Fajny artykuł?
[ratings]