Powód #52: wszechświat wewnętrzny

Odrębność zawsze była dla mnie zjawiskiem frapującym. Odrębność i uwypuklająca ją samotność. Cierpienie, które idzie w ślad za nimi. Oraz zdziwienie i zachwyt.

Powód #52: jestem szczęśliwy, bo mam wszechświat wewnętrzny.

Wszechświat wewnętrzny sfotografowany przeze mnie nad Wisłą. Jak u Salvadora Dali deszcz pada w środku.

Strukturę kryształu. Czy odrębność jest złudzeniem? Dokonuję obserwacji, że indywidualność doznaje w naszej współczesności najdotkliwszego kryzysu. Co musi być niepokojące, gdyż konsekwencją oddzielenia jest popęd ku zespoleniu. Trwożąca jest dla nas wszystkich, postulujących dla siebie jakichś granic wewnętrzności, ta niesamowita wręcz ilość powieleń. Jak można mówić o indywidualności w świecie, który wyprodukował 7 miliardów istnień ludzkich?

To pierwsza myśl, ale zaraz za nią idzie kolejna: być może nie istniały nigdy czasy, które z taką wścibskością zaglądały nam do wnętrz. Dzieje się to na fotelach psychologicznych, w salach teatralnych, u wszelkiej maści lekarzy, którzy wziernikują nas na każdej wizycie, jak i na zwykłych lotniskach, gdzie wiwisekcja naszych małych światów odbywa się rutynowo i przy wszystkich. Czy kiedykolwiek było do pomyślenia takie barbarzyństwo, by starszej pani zajrzeć publicznie w buty? Już chyba prędzej zdecydowano by się ją ściąć.

Te czasy ciągłego powielania są tym zabawniejsze, że co chwilę domagają się bycia sobą. Bądź sobą, wybierz pepsi, mówi reklama – ale nie chcę sprowadzać sprawy do banału. Rzecz w tym, że wyświechtany i wymacany świat wyposaża się w chirurgicznie odnawiane dziewictwo.

Czy więc ciągle jestem odrębny? Może nigdy nie byłem! Myślę tu o dwóch rzeczach: o romantycznym pragnieniu roztopienia się w innych, które najlepiej reprezentuje figura Jezusa – pożartego przez tłum. Jezus tak bardzo pragnie istnieć w innych, że formułuje swoje żądanie wprost: domaga się bycia pożartym. Uważam, że w ten sposób przenosi w nowożytność bardzo pierwotną potrzebę człowieka, zespolenia się z własną grupą. I po drugie myślę o wspólnym nam wszystkim doznaniu jedności ze światem, tej buddyjskiej jedni, w której wszystko tkwi korzeniami. O tym odczuciu iluzji podziału na fragmenty, pod którą czai się wspólne nam wszystkim poczucie wspólnoty.

No ale teraz jestem ja. Ja i moje ciało. Albo po prostu ciało. Ciało, któremu świat podsuwa fałszywe poczucie odrębności, tylko po to, by utrzymać jego funkcję konsumenta, a które jednocześnie jest przeliczane statystycznie na punkt w krzywej Gausa. To ciało znajduje się nad Wisłą, spaceruje i myśli: jestem, odczuwam, zachwycam się, patrzę. To cialo myśli „ja”.

Jaka w tym ciele wartość? Czy wartością jest już jego cierpienie, jego istnienie, jego los? czy też wartość to ciało musi dopiero wytworzyć?

Boję się, że wcześniejszy etos ciała – wartość jego obecności – została unicestwiona przez statystykę wielkich liczb. Cierpienie po stracie jednego ciała jest całkowicie bez znaczenia. Wartość dopiero ma oryginalny gest.

Czego się nauczyłem?

Nie jestem pewien. Chyba tylko być może to, że nasza indywidualność jest funkcjonalnym złudzeniem. 

Fajny artykuł?
[ratings]